/Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki

Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki

Dziś kilka słów o przyjaźni polsko-węgierskiej. Jest to wyjątkowa relacja nie spotykana nigdzie indziej – między żadnymi innymi dwoma narodami. Narodziła się wiele wieków temu u zarania chrześcijaństwa na ziemiach polskich i węgierskich. Połączeni wspólną wiarą, interesami politycznymi, a nawet dwukrotnie unią personalną* – Węgrzy i Polacy zbudowali wyjątkową relację, która do dziś jest niezwykle żywa i ceniona przez oba narody.

Słynne powiedzenie umieszczone w tytule, o dziwo, powstało stosunkowo późno, bo prawdopodobnie dopiero w drugiej połowie XVIII wieku, po upadku konfederacji barskiej, kiedy przywódcy powstania antyrosyjskiego znaleźli schronienie na terenie Królestwa Węgier.

W pierwotnej wersji według Michała Czajkowskiego – Sadyka Paszy miało brzmieć: „Węgier, Polak dwa bratanki i do konia i do szklanki. Oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi”**. Obecnie pełna wersja przysłowia znanego zarówno w Polsce jak i na Węgrzech po polsku brzmi: „Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki, oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi”. A po węgiersku:  „Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol s issza borát, vitéz s bátor mindkettője, áldás szálljon mindkettőre”.

Skutki tej przyjaźni – tak niezwykłej między narodami – przejawiają się do dziś w obu kulturach. W 2007 roku parlamenty Węgier i Polski uznały jednogłośnie 23 marca za Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. A z naszego podwórka: jednym z miast partnerskich Pułtuska od 2017 roku jest Szerencs leżące w północno-wschodnich Węgrzech u podnóża Karpat Zachodnich. Jego nazwa pochodzi od słowa „szczęście”, co znajduje potwierdzenie w pogodnym usposobieniu jego mieszkańców, gościnności  i otwartości w stosunku do pułtuszczan.

* W latach 1370-1382 na tronie polskim i węgierskim zasiadał jeden władca: Ludwik Węgierski, podobnie w latach 1440-1444 oba państwa posiadały jednego króla: Władysława Warneńczyka.

**  Pisma Michała Czajkowskiego, Tom dziewiąty: Dziwne życie Polaków i Polek, Lipsk 1900, s. 155.

Po polsku, czy po węgiersku?

Język węgierski dla Polaka stanowi nie najłatwiejsze wyzwanie – raczej nie powiemy, że – nie znając języka – z wypowiedzi Węgra możemy wychwycić jakieś zrozumiałe dla nas słowa. Mało kto odważyłby się wysnuć tezę, że język polski i węgierski mają ze sobą coś wspólnego poza tym, że uważane są za jedne z najtrudniejszych języków do nauczenia. A jednak. Okazuje się, że w języku polskim do dziś funkcjonuje kilkadziesiąt hungaryzmów, czyli słów pochodzenia węgierskiego. Niektóre z nich są dosyć zaskakujące.

O ile nazwy kulinarne: papryka, gulasz, leczo, bogracz nie pozostawiają wątpliwości, o tyle terminy używane w wojskowości już niekoniecznie. Szereg, czata, harc, orszak, hejnał, rokosz, giermek, dobosz, hajduk, husarz, szabla, szyszak, czekan, karwasz, czako, mentyk, dolman – wszystkie te określenia pochodzą z języka węgierskiego, bo znad Balatonu do nas przybyły. Świadczą o niemałych wpływach militarnych, które miały miejsce szczególnie w XVI i XVII wieku. 

Wpływy węgierskie ujawniają się również w polskiej modzie, dzięki takim określeniom, jak: ciżma, kołpak, kontusz, szarawary, a także ludowa katana.

Ciekawostką jest to, że wyrazy używane przez polskich górali, jak: gazda, baca, juhas, szałas, szatra pochodzą od określeń używanych przez węgierskich pasterzy.

Nawet niektóre nazwy czynności, jak besztać, czy kiereszować mają pochodzenie węgierskie.

Choć hungaryzmy nie stanowią największej grupy zapożyczeń w języku polskim, to ze względu na swoją specyfikę wspaniale dokumentują obszary, w których Polacy wzorowali się na Węgrach oraz aspekty życia, w których obie kultury wzajemnie się przenikały.