REKLAMA

Data publikacji: 12 cze 2026

Nauczyciel z Pułtuska wydał niezwykłą książkę. Pociągi bez maszynistów, martwi prezydenci i pradawne tajemnice w „Martwym Zachodzie”

Nauczyciel z Pułtuska wydał niezwykłą książkę. Pociągi bez maszynistów, martwi prezydenci i pradawne tajemnice w „Martwym Zachodzie”

Na co dzień uczy języka angielskiego i hiszpańskiego w Pułtusku. Po godzinach tworzy historie pełne tajemnic, legend i grozy. Emilian Wojnowski właśnie wydał „Martwy Zachód” - liczącą 400 stron książkę, w której Dziki Zachód spotyka się z horrorem, a rzeczywistość przeplata z tym, co niewytłumaczalne.

Choć wielu mieszkańców Pułtuska zna go przede wszystkim jako nauczyciela, od lat jego drugą wielką pasją pozostaje literatura. Efektem kilkuletniej pracy jest „Martwy Zachód”, wydany nakładem Wydawnictwa Alegoria.

To historia osadzona w niezwykłej wersji Dzikiego Zachodu. Jej głównym bohaterem jest Esau Ast - pokerzysta, włóczęga i miłośnik kultur rdzennych mieszkańców Ameryki. Wraz z ukochaną żoną Emmą przemierza prerie i góry na wozie pełnym książek, ciągniętym przez wiernego konia o imieniu Misiek.

Świat stworzony przez Emiliana Wojnowskiego znacząco odbiega jednak od klasycznych westernów. Czytelnicy odwiedzą miasteczka, w których od wielu lat nie rodzą się dzieci, natrafią na pociągi przemierzające bezkresne przestrzenie bez maszynistów oraz odkryją miejsca skrywające sekrety starsze od ludzkiej cywilizacji. Na kartach książki pojawiają się także mityczne stworzenia, martwi prezydenci, legendarni banici, ekscentryczni naukowcy i wiele innych nietuzinkowych postaci.

„Martwy Zachód” trudno zamknąć w ramach jednego gatunku. Autor połączył elementy horroru, westernu, opowieści przygodowej oraz nurtu weird fiction, tworząc historię, w której granica pomiędzy rzeczywistością, snem i koszmarem nieustannie się zaciera.

Sam autor również nie stroni od nietuzinkowych opisów. W swoim biogramie żartobliwie przyznaje, że prawdopodobnie pochodzi z innej planety, nieustannie poszukuje spokoju, straconego czasu i książek, a także uważa, że awokado mają uczucia.

Link do kupna książki: https://wydawnictwo-alegoria.pl/produkt/martwy-zachod 

Z okazji premiery „Martwego Zachodu” zadaliśmy autorowi kilka pytań.

Razem z wywiadem prezentujemy galerię zdjęć z autorskiej sesji Emiliana Wojnowskiego. Jedna z fotografii została wykorzystana na skrzydełku książki „Martwy Zachód”, natomiast pozostałe publikujemy wyłącznie na łamach Pułtusk News. To niepowtarzalna okazja, by zobaczyć autora w obiektywie tuż przed premierą jego najnowszej książki.

REKLAMA

Skąd u młodego Pułtuszczanina wzięła się pasja do literatury?

Ojciec raz stwierdził, że ciężko zrozumieć esemesy, które do niego wysyłam. Myślę, że była to raczej wina mojego wieku — byłem dzieckiem! — a nie tego, że nie potrafiłem komunikować się za pomocą kompletnych zdań w formie pisanej. W każdym razie polecił mi czytać książki, a że wtedy chorowałem i leżałem znudzony w łóżku, zdjąłem z półki pierwszą lepszą pozycję. Zaznaczę, że dwadzieścia lat temu nie miałem pod ręką smartfona ani dostępu do Internetu. Pogrążyłem się zatem w lekturze i odkryłem, że jawią mi się przed oczyma całe obrazy, kolorowe, ze szczegółami i w najlepszej jakości, a to spodobało mi się nie mniej niż współczesnym dzieciom energetyzujące rolki czy tiktoki. Zacząłem więc czytać historie Robin Hooda i powieści Juliusza Verna, a potem streszczałem je ojcu. Wcześniej, dopóki nie odkryłem, że między stronami książek znajdują się inne światy — do tego ciekawsze niż rzeczywistość za oknem — czytanie było dla mnie wyłącznie umiejętnością czysto praktyczną, służącą pozyskiwaniu informacji z otoczenia.

Natomiast jeśli chodzi o pasję do tworzenia literatury — o ile „literatura" nie jest tu zbyt wzniosłym słowem — zacząłem ot tak, niezainspirowany zupełnie nikim. Nie znałem nikogo, kto by pisał. Mało tego, nie znałem nawet nikogo, kto by bodaj czytał książki. Kiedy jednak sięgnąłem po literaturę dla starszych czytelników — po Stephena Kinga, który do dziś stanowi dla mnie niedościgniony wzór — złościłem się nie raz, że jakaś historia kończy się tak, a nie inaczej, i powiedziałem sobie, że gdybym to ja ją pisał, miałaby lepsze zakończenie. I co zrobiłem? Dopisałem swoje, lepsze w moim wyobrażeniu, a w rzeczywistości sto razy gorsze. Ale skoro miałem końcówkę — swoją końcówkę — postanowiłem dopisać środek i początek. Rzecz jasna do niczego się to nie nadawało i przepraszałem w duchu Stephena Kinga, że choć przez chwilę pomyślałem, iż mogę być w tym lepszy od niego. Ale że jestem nieustępliwy, pisałem dalej, by usatysfakcjonować wyłącznie siebie, nieświadomy, że formuję w ten sposób ogniwa łańcucha, którym przykuwam się właśnie na całe życie do tej szlachetnej, acz bezlitosnej formy sztuki.

 

Kiedy narodził się pomysł na napisanie „Martwego Zachodu" i jak wyglądały początki pracy nad tą książką?

Często chcemy wiedzieć, gdzie coś się zaczęło i gdzie skończy, bo dzięki temu świat wydaje się bardziej zrozumiały, ale wiele zjawisk trudno wskazać jako mające jednoznaczny początek lub koniec. I chyba „Martwy Zachód" wpisuje się do tego rodzaju zjawisk.

„Martwy Zachód" składa się z wielu pomysłów. Nie pojawił się — jak to zazwyczaj bywa — pojedynczy obraz, nastrój czy scena, wokół których zbudowałem narrację na czterysta stron. Jest to dziesięć mniej lub bardziej powiązanych ze sobą historii. Książka nie ma początku ani końca (mimo że zawiera prolog i epilog), ponieważ opisuje dzieje jednego bohatera, które można czytać w dowolnej kolejności. Pierwsza zawarta na kartach historia nie jest pierwszą napisaną w ogóle, a ostatnia ostatnią. Wręcz niemożliwe jest stwierdzić, że zacząłem pracę nad książką tego czy tamtego dnia, gdyż powstawała etapami, a między tymi etapami pisałem jeszcze inne teksty. Pierwsze fragmenty sięgają jednak nawet pięciu albo sześciu lat wstecz.

 

„Martwy Zachód" to pierwsza książka, której jesteś jedynym autorem. Wcześniej publikowałeś opowiadania i współtworzyłeś antologie. Jakiej tematyki były te publikacje i czego nauczyły cię przed pracą nad własną książką?

Zawsze najlepiej odnajdywałem się w horrorze, więc te kilkanaście rozproszonych tekstów — większość opublikowanych w innym języku — również straszyły, nawet kiedy nie pojawiały się w nich, powiedzmy, rzeczy niestworzone.

Tamte publikacje nauczyły mnie w zasadzie jednego: umocniły we mnie wiarę — wiarę w to, że potrafię — co nie znaczy, że nie miewam wątpliwości, kiedy tworzę. Te są, nawet częściej niż rzadziej, ale Stephen King powiedział, że skoro płacą ci za pisanie — nieważne ile, ale płacą — to znaczy, że jesteś w tym całkiem niezły. Pierwsze zarobione na pisaniu fikcji pieniądze oddałem na Childhood Eye Cancer Trust. Wtedy miałem poczucie, że to ma sens, a literatura może uratować świat, przynajmniej po części, no i po wszystkim stanąłem przed lustrem i powiedziałem do siebie: „No i co? Niech mi ktoś teraz powie, że nie umiem pisać." Właśnie po to były tamte opowiadania, po to, bym dziś mógł wydać „Martwy Zachód".

Poza tym wyobraźcie sobie, jak wielkiego zaufania potrzeba ze strony wydawnictwa — jak wielkiej wiary w umiejętności piszącego — by chcieć zainwestować w twórczość kogoś nieznanego, kto przebija się jedynie tym, że ma pomysł, że umie wymyślać i stawiać litery, słowa i zdania w odpowiedniej kolejności. Ślę pozdrowienia dla Wydawnictwa Alegoria.

Skąd wziął się pomysł na połączenie westernu z horrorem?

Wydawało mi się to zarówno naturalnym, jak i skalkulowanym połączeniem.

Nie ma bowiem takiego czegoś jak Dziki Zachód, tak samo jak nie ma takiego miasta jak Londyn (jest tylko Lądek Zdrój), a to daje sporą przestrzeń dla własnych imaginacji.

Owszem istniał taki okres w historii Ameryki, ale niewiele miał wspólnego z tym, co sobie dziś wyobrażamy, gdy o nim słyszymy, stąd też tytuł.

Wystarczy spojrzeć na kino włoskie: spaghetti westerny w stylu Sergio Leone nie tylko odświeżyły gatunek, ale też nadały mu zupełnie inny ton. Dla wielu widzów to właśnie te europejskie filmy stały się „prawdziwym" westernem. Podobnie w literaturze: o Dzikim Zachodzie pisali i piszą autorzy spoza USA, reinterpretując go z własnej perspektywy — czasem jako mit, czasem jako alegorię kolonializmu, przemocy albo samotności człowieka w świecie bez prawa.

Dlatego western jest bardziej mitem kulturowym, który daje przestrzeń na opowieść, a ja postanowiłem z tego skorzystać, zamiast wymyślać zupełnie mityczne światy. A dlaczego połączyłem go z horrorem? Bo czy to nie straszne, kiedy bez konsekwencji wieszają albo rozstrzeliwują kogoś za garść nieoddanych dolarów? Przecież to horror sam w sobie. I to w najczystszej postaci.

W książce pojawiają się pociągi bez maszynistów, martwi prezydenci i mityczne stworzenia. Co było najdziwniejszą inspiracją podczas pracy nad książką?

Nie wiem, czy najdziwniejszą, ale na pewno taką, której nikt się nie spodziewa, był jeden przedszkolak. Pracowałem kiedyś przez rok w przedszkolu, tak, i jeden z dzieciaków, zupełnie nie zważając na rzeczywistość, zaczął kolorować owce na złoto. Nie na szaro, nie na czarno. I to bardzo, pomimo nacisku ze strony innych przedszkolaków, upierał się, żeby owce były złote. Złote, i już. Zacząłem myśleć, że piękny byłby to świat ze złotymi owcami — puchate błyszczące kule poruszające się na tle górskich pejzaży. Postanowiłem więc o tym napisać i tak między innymi powstała jedna z historii pt. „Złota owca". Jak to wyszło? O tym będziecie musieli już przekonać się sami.

Gdyby Esau Ast pojawił się dziś w Pułtusku, dokąd zabrałbyś go w pierwszej kolejności?

Poszedłbym z nim na bagna, gdzie sam niekiedy przesiaduję. Obaj lubimy takie ustronne miejsca. I pewnie, tak jak jeden z tych mężczyzn w prologu książki, prosiłbym, żeby opowiedział mi o swoich przygodach. Rozpalilibyśmy ognisko i siedzieli przy nim do rana, a następnego dnia musiałbym wskazać mu kierunek tułaczki, tak by w końcu nic mu się, do cholery, nie przydarzyło i mógł gdzieś osiąść w spokoju i na dłużej.

Do kogo skierowany jest „Martwy Zachód"?

Do każdego, z wyjątkiem dzieci. Ale jeśli mam być precyzyjny, odpowiem tak: „Martwy Zachód" jest skierowany do czytelnika, który nie boi się eksperymentów gatunkowych, łączenia realizmu z fantastyką, mrocznego klimatu i opowieści, w których nic nie jest do końca pewne — ani świat, ani moralność bohaterów.

Na ile świat „Martwego Zachodu" jest wytworem wyobraźni, a na ile odnosi się do rzeczywistych wydarzeń, miejsc czy ludzi?

Starałem się trzymać jak najbliżej realiów tamtego okresu w historii Ameryki, a wszelkie zmiany w faktach historycznych wynikają bądź z mojej celowej decyzji, bądź z przeoczenia — zawsze jednak służą lepszemu opowiadaniu historii. Nie należy bowiem zapominać, że liczy się przede wszystkim opowieść. Innymi słowy, prawda w tym świecie ustępuje miejsca bezkompromisowości i swobodzie narracyjnej.

Czy twoi uczniowie wiedzą o literackiej działalności? Jak zareagowali na informację o wydaniu książki?

Wiedzą, a ich reakcja była pozytywna i są tym nawet zainteresowani — przecież to inteligentni młodzi ludzie, którzy potrafią docenić inność — ale zarazem wydaje im się to jakieś dziwne. W końcu to trochę tak — tym bardziej w dobie AI — jakby spotkali kogoś, kto im nagle mówi, że jest zdunem i czyści piece. Albo łaziebnym, który myje innym plecy. Albo pianistą kina niemego, który po pracy gra na żywo do filmów. Autor książek? Skąd tak właściwie biorą się autorzy książek? Co jedzą? Jak wygląda ich dzień powszedni? Z czego żyją?

 

„Martwy Zachód” jest już dostępny dla czytelników. Jak przyznaje autor, to nie tylko historia o Dzikim Zachodzie, ale przede wszystkim opowieść o tajemnicy, wędrówce i odkrywaniu tego, co ukryte tuż poza granicami znanego świata.

Zachęcamy do śledzenia poczynań autora w mediach społecznościowych:

https://www.facebook.com/emilian.wojnowski.autor/
Instagram: emilian.milo

autor: Aleksandra Królak

Tagi: #Pułtusk #KSIĄZKA #dziki zachód #,,Martwy zachód"

Bądź na bieżąco, obserwuj nas na
Google News

REKLAMA

Zobacz także

Komentarze

Dodaj komentarz jako pierwszy

Udostepnij

Nauczyciel z Pułtuska wydał niezwykłą książkę. Pociągi bez maszynistów, martwi prezydenci i pradawne tajemnice w „Martwym Zachodzie”

Nauczyciel z Pułtuska wydał niezwykłą książkę. Pociągi bez maszynistów, martwi prezydenci i pradawne tajemnice w „Martwym Zachodzie”