/“Ja i siatkówka to była miłość od pierwszego wejrzenia” – wywiad z Natalią Bielińską

“Ja i siatkówka to była miłość od pierwszego wejrzenia” – wywiad z Natalią Bielińską

Natalia Bielińska gra w siatkówkę już od kilkunastu lat. Swoją sportową karierę zaczynała w Pułtusku, a dzięki ciężkiej pracy i zdolnościom przekuła pasję w sposób na życie. Kilka dni temu poprowadziła swój zespół do zwycięstwa w meczu o najwyższą stawkę tego sezonu – o awans do 1. ligi seniorskiej.

Natalia opowiedziała nam jak wygląda codzienność sportowca, jak radzić sobie z odpowiedzialnością za drużynę i jak każdego dnia walczyć o realizację swoich marzeń.

Czy pamiętasz swój pierwszy siatkarski trening w życiu?

Mój pierwszy siatkarski trening odbył się w ówczesnym klubie UKS ZRYW Pułtusk na hali przy Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych im. Jana Ruszkowskiego pod okiem mojego pierwszego trenera p. Andrzeja Krawczyńskiego. Niewiele niestety już pamiętam z tego okresu, ponieważ miałam wtedy zaledwie 10 lat, ale zdecydowanie można powiedzieć, że ja i siatkówka, to była miłość od pierwszego wejrzenia. O treningach w klubie powiedziała mi p. Bogumiła Truszkowska – nauczycielka wychowania fizycznego z SP 3, do której wtedy uczęszczałam.

Mówisz, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Za co pokochałaś siatkówkę?

Przede wszystkim za to, że jest to sport zespołowy, gdzie wszystkie elementy muszą do siebie pasować, aby uzyskać pożądany efekt. Za to, że drużyna w trakcie sezonu staje się drugą rodziną, z którą można się nieraz pokłócić, ale w najważniejszym momencie wszyscy stają na wysokości zadania i otrzymuje się bezwarunkowe wsparcie. Że po wygranym meczu, który dostarcza mi wiele emocji mam z kim się cieszyć i dzielić tę ogromną radość, a po przegranym, możemy liczyć na swoje wsparcie i ocierać sobie wzajemnie łzy porażki.

Trenowałaś też jakieś inne dyscypliny?

Nie mogę powiedzieć, że jakiś sport konkretnie poza siatkówką trenowałam, ale w szkole podstawowej czy gimnazjum chyba nie było zawodów sportowych, w których nie brałabym udziału. Nie miało znaczenia jaka była to dyscyplina sportu, bo byłam bardzo aktywnym dzieckiem i lubiłam wszystko, co było związane z ruchem. Próbowałam swoich sił w lekkoatletyce i szło mi całkiem dobrze, o czym często informował mnie i moich rodziców p. Sławomir Krysiak, ale zdecydowanie bliższe mojemu sercu były od zawsze sporty zespołowe.

Czyli wszystko zaczęło się w Pułtusku, a co było potem?

Przed rozpoczęciem pierwszej klasy szkoły średniej przeniosłam się do Węgrowa, do klasy o profilu sportowym i tam jeszcze w rozgrywkach młodzieżowych reprezentowałam klub SPS Olimpia Węgrów. W klasie maturalnej zadebiutowałam w 1. lidze seniorskiej siatkówki w PMKS NIKE Węgrów, następnie po szkole średniej rozegrałam sezon w Mazovii Warszawa, potem 2 sezony w WTS Włocławek, a teraz od 3 sezonów ponownie reprezentuję PMKS NIKE Węgrów.

Pamiętasz ten moment kiedy sport przestał być dla Ciebie wyłącznie dobrą zabawą, a stał się sposobem na życie? Miałaś jakąś chwilę zawahania czy to odpowiednia droga? W końcu trudno przebić się do czołówki.

Nie było chyba w moim życiu momentu, gdzie sport przestał być dla mnie dobrą zabawą. Przede wszystkim sprawia mi on wiele przyjemności, a to, że stał się sposobem na życie przyszło z czasem i bardzo płynnie z samej zabawy postawił przede mną też możliwości jakichś zysków finansowych. Chwile zawahania oczywiście były, przede wszystkim przy ciężkich kontuzjach ( a było ich co najmniej kilka),  czy po istotnych przegranych. Ale chyba nic nie może zastąpić emocji, które towarzyszą mi podczas rozgrywek.  Także na ten moment czuję, że to była odpowiednia droga. Przez te lata gry, było wiele małych i dużych sukcesów, pozytywnych emocji, wspomnień, chociażby z wyjazdów na mecze czy turnieje. Dzięki temu poznałam wielu wspaniałych ludzi, których spotkałam na swojej siatkarskiej drodze i którzy zapisali się w mojej historii na zawsze, więc z całą pewnością niczego nie żałuję i było warto podjąć to wyzwanie.

Możliwość gry w pierwszej lidze to olbrzymi sukces i wielka radość, ale sport przecież nie zawsze wygląda tak pięknie. Na co dzień to pokonywanie swoich słabości, odpowiednia dieta, długie treningi i pewnie też jakieś potknięcia. Jak sobie z tym wszystkim radzisz?

Oczywiście nie zawsze jest tak kolorowo i jak to w życiu, w sporcie także, przychodzą też ciężkie momenty. Ale jeżeli ma się cel, który akurat w moim przypadku został osiągnięty, to wszystkie wyrzeczenia i przeszkody w trakcie długiego sezonu odchodzą w zapomnienie. Tylko sam sportowiec wie, ile naprawdę poświęca, ale też ile ma z tego przyjemności. W siatkówce, tak jak w każdym sporcie zespołowym, z tym samym zmagają się także moje koleżanki z drużyny i możemy liczyć na swoje wsparcie, bo bardzo dobrze się w tym temacie rozumiemy.

Jak wygląda Twój dzień? Znajdujesz czas na odpoczynek? Możesz czasem odpuścić sobie restrykcyjną dietę?

Poza rozgrywkami ligowymi również studiuję i reprezentuję swoją uczelnię w rozgrywkach akademickich. Grafik jest bardzo napięty, tym bardziej, że w moim przypadku łączy się to z długimi dojazdami, ale jeśli się chce, to wszystko da się tak poukładać, aby znaleźć czas na odpoczynek i inne przyjemności. Jeżeli chodzi o dietę, to tak się składa, że studiuję dietetykę i uważam, że wszystko jest dla ludzi. Oczywiście z umiarem, ale każdy sportowiec może sobie pozwolić raz na jakiś czas na popularnego ‘maka’ czy pizzę, nawet tak po prostu,  dla własnego komfortu psychicznego.

Wspomniałaś wcześniej o drużynie. To z jednej strony olbrzymie wsparcie, ale z drugiej, kiedy popełniasz błąd, płacą za niego wszyscy na boisku. Podczas meczu odczuwasz związaną z tym presję, zwłaszcza jako kapitan?

Myślę, że jakaś dodatkowa presja zawsze jest, bo ponosimy odpowiedzialność za całą drużynę. Ale w siatkówce właśnie to jest piękne, że raz mój błąd może naprawić koleżanka z zespołu, a kolejnym razem to ja mogę się zrewanżować i poprawić coś po niej. W tej wspólnocie jest nasza siła. Tak  zresztą jest u mnie od zawsze. Te wartości dominują w mojej rodzinie. To właśnie z domu wyniosłam szacunek do słabości drugiego człowieka, do bezwarunkowego wspierania innych i wiary w to, że razem możemy pokonać wszystkie przeciwności, choć po prostu czasem zwyczajnie coś się komuś nie uda. Powiem tak: w rodzinie jesteśmy drużyną, a w drużynie jesteśmy rodziną. Chyba udało mi się to wprowadzić w życie mojej siatkarskiej rodziny i dzięki temu odnosimy sukcesy i czerpiemy z tego radość.

W wywiadzie po wygranym meczu powiedziałaś coś bardzo podobnego: „Po prostu zagrałyśmy drużyną”. Czy duch zespołu, jedność i motywacja do walki naprawdę mogą przechylić szalę zwycięstwa, nawet kiedy tak po ludzku brakuje już sił fizycznych?

Zdecydowanie! Uważam, że podczas turnieju decydującego o awansie do wyższej klasy rozgrywkowej, to właśnie nasza wzajemna motywacja, wsparcie i taka boiskowa jedność zdecydowały o tym, że turniej potoczył się dla nas tak dobrze i wygrałyśmy całą ligę. Po bardzo ciężkim sezonie, przy walce z kontuzjami i różnymi innymi przeszkodami pokazałyśmy niesamowity charakter na tej ostatniej prostej tego sezonu. Były momenty, gdzie brakowało sił, dochodził stres z racji tego, że stawka była naprawdę wysoka, wystąpił jakiś kryzys czy bezsilność w trakcie spotkania, to my, takim boiskowym wsparciem i jednością, potrafiłyśmy się podnieść z takich zupełnie beznadziejnych sytuacji i udawało nam się wyjść z tego wszystkiego zwycięsko.

Jestem naprawdę dumna, że mogłam być kapitanem takiej Drużyny, mojej Drużyny przez duże „D”!

Twoje największe marzenie sportowe to…

To największe chyba właśnie się spełniło, więc z racji tego, że jestem realistką i  marzenia dostosowuję do możliwości, nad kolejnym muszę się trochę zastanowić (śmiech).

Dziękuję za Twój czas i życzę powodzenia w kolejnych rozgrywkach.

Również dziękuję.

rozmawiała: Aleksandra Dąbrowska