/28 sierpnia 1920 “13 pułk piechoty w Pułtusku”

28 sierpnia 1920 “13 pułk piechoty w Pułtusku”

28 SIERPNIA 1920 ROKU, SOBOTA

Rankiem na zbiórce okazało się, że brakowało kilkunastu pułtuszczaków. Dowództwo było niezadowolone i za karę nie pozwoliło pułkowi zatrzymać się w Pułtusku. Maszerowaliśmy więc przez miasto – ulicami Kościuszki, 3 Maja i Warszawską – nie zatrzymując się ani na chwilę. Zakazane też było jakiekolwiek samodzielne występowanie z szeregu.

Pół miasta wyległo na nasze spotkanie! Rodziny, przyjaciele, znajomi szli obok nas. Gdy przechodziliśmy koło mego domu przy ul. Warszawskiej (dom ten od 1945 r. nie istnieje) w ostatniej chwili otrzymałem pozwolenie od dowódcy, aby pożegnać się z ojcem, który stał w progu naszego mieszkania. Matka i siostry – Loda i Józefinka – dołączyły do oddziału i maszerowały wytrwale obok mnie ponad 7 km. Rozmawialiśmy bez przerwy przekazując sobie nawzajem wiadomości o naszych przeżyciach z okresu ostatnich tygodni, tak brzemiennych w wielkie, pełne grozy i niebezpieczeństw i decydujące o naszych losach wydarzenia. Postój nastąpił na polach wsi Koziegłowy, gdzie otrzymaliśmy obiad. Odpoczynek był krótki. Plut. Paciorek zdążył mi powiedzieć, że mam ładną siostrę. Przed powrotem na szosę warszawską musieliśmy pożegnać nasze rodziny. Przy rozstaniu otrzymałem od matki kawałek słoniny na drogę.

B. S. Kołakowski, Wspomnienia ochotnika 13 pp Legionów z wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., w: „Pułtuska Gazeta Powiatowa”, nr 35, wtorek 30 sierpnia 2011, s. 19.

(…) około godziny 11-tej rano maszerowaliśmy przez Pułtusk. Rano przed wymarszem z Szelkowa zapisywał służbowy ludzi na przepustkę do Pułtuska na kilka godzin. Kto z żołnierzy się zgłosił do raportu, ten przepustkę otrzymał. Ponieważ stałem rano na posterunku, więc się nie zgłaszałem o przepustkę i później takowej nie otrzymałem.

Przykro mi było, gdym patrzył za odchodzącymi kolegami i nie mogłem pójść z nimi do Pułtuska. Wszak i ja miałem w Pułtusku wiele osób i bliskich i drogich memu sercu. Musiałem pozostać w kompanii. Dlatego też cała droga od Szelkowa do Pułtuska i przez miasto była mi jedną męczarnią. I im bliżej był Pułtusk, tym większy niepokój wzrastał w mojej duszy. Wreszcie zbliżamy się już do Świętego Krzyża. Już z oddali ujrzałem idące naprzeciw nam gimnazistki z kwiatami w ręku, które wzrokiem wyszukiwały braci, kolegów i znajomych w szeregu, a na powitanie rzucały na nich pęki kwiatów. Za chwilę zobaczyły i mnie, poznały, rzuciły wiązankę kwiatów i głośno i mile pozdrowiły. Ja, będąc pod wielkim wrażeniem tej chwili, nie mogłem słowa wymówić. Na odpowiedź skłoniłem się tylko i pomaszerowałem dalej…

Wreszcie na wprost cmentarza cały 13-ty pułk zatrzymał się i był półgodzinny odpoczynek. Gdy siadłem nad rowem, czułem, że coś rozsadza mi piersi i jakaś siła pcha mię naprzód, ku miastu, w którym posiadam tyle wspomnień miłych, może najmilszych z minionych dni mojej młodości. Nie mogę usiedzieć na rowie. Wstaję, proszę do pomocy pana ppor. Poszepczyńskiego, dowódcę mojej 5-tej kompanii i idziemy do dowódcy II-go batalionu p. kapitana Herconia, aby u niego wyjednać przepustkę do miasta dla mnie. Pan ppor. Poszepczyński poparł moją prośbę. Pan kapitan, człowiek zda się ludzki, nie dał się długo prosić, bo po wysłuchaniu mojej prośby, sam zwraca się do mnie i prosi mnie o zwolnienie dla siebie. A ponieważ pana kapitana nie zwolniłem, więc też i on odprawił mnie z niczym do kompanii.

W. Kocot, Pamiętniki i Korespondencja z lat 1920, 1939-1945, oprac. R. Lolo i K. Wiśniewski, Pułtusk 2009, s. 93-94.

Nakarmiony i napojony z solidną wałówką maszerowałem z rozdartym sercem do Pułtuska z nadzieją, że tam spotkam i spotkałem moc znajomych. Tak rzeczywiście było. Nasze koleżanki, profesorowie i całe społeczeństwo wyległo na ulicę. Zasypywani byliśmy kwiatami, a różnego rodzaju drobiazgów, jak papierosy, czy słodycze, nie mieliśmy już gdzie kłaść.

Z. Przybylski,Wspomnienia, maszynopis ze zbiorów Jadwigi Przybylskiej-Wolf, s. 7-8.